mars wenus i zdrowie
Festiwal Dobrostanu - Sławomir Sówka w rozmowie z Grzegorzem Józefczukiem

FESTIWAL DOBROSTANU
Rozpoczęła się druga edycja trwającego ponad miesiąc festiwalu Kazimierskie Inspiracje poświęconego niekonwencjonalnym – przede wszystkim muzycznym – metodom osiągania równowagi fizycznej, duchowej i rozwoju


Rozmowa ze Sławomirem Sówką*

Grzegorz Józefczuk: Dlaczego ten festiwal nazywa się Kazimierskie Inspiracje?
Sławomir Adam Sówka: - Ponieważ sam Kazimierz jest dla nas mocnym miejscem. Jesteśmy festiwalem na skrzyżowaniu kultury i sztuki, w programie jest bardzo dużo muzyki, ale z drugiej strony – szczególny charakter festiwalu polega na rozwojowych spotkaniach warsztatowych, różnorodnych, których jest kilkanaście. Warsztaty trwają dwa dni, niekiedy dłużej; są na przykład warsztaty wokalne, śpiewu gardłowego, bębniarskie, a w tym roku mamy też m.in. tańce sufickie. Z jednej strony – jest bardzo dobra zabawa w ruchu, pewna forma medytacji, uwolnienia napieć fizycznych, emocjonalnych, najróżniejszych. Z drugiej strony – człowiek może spojrzeć na siebie, na pewne sprawy w swoim życiu, które są trudne i kłopotliwe, na konflikty, które wiszą nad jego głową, na stare i nieaktualne problemy, które jednak w nim tkwią. Te uwalniające doświadczenia sprawiają, że jesteśmy miejscem rozwoju dla ludzi, którzy nie korzystają z terapii czy innych form pomocy, lecz szukają uwolnienia i rozwoju przez sztukę, wchodzą w to, co twórcze, na przykład uczą się śpiewu i jego technik. Tych możliwości rozwoju jest wiele, a ludzi, którzy prowadzą warsztaty, znamy od lat i mamy do nich zaufanie. Hasło przewodnie festiwalu to – „przestrzenie wyobraźni – przestrzenie rozwoju”. Albert Einstein powiedział kiedyś, że wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy...

... Ale przypuszczam, że Einstein nie chodził na terapię.
- No tak, ale grał na skrzypcach, wiec poprzez sztukę stwarzał sobie przestrzeń, w której mu się dobrze myślało. Ta gra na skrzypcach jakby wprowadzała go w dobrostan. My jesteśmy festiwalem dobrostanu. Uważamy, że wszyscy jako ludzie kultury jesteśmy uwiązani, uwikłani w różne stare „historie”, w przyzwyczajenia częściowo religijne. Sami jesteśmy pozareligijni, wierzymy w coś uniwersalnego i w to, że w każdym z nas jest coś pięknego – i do tego się odnosimy. Einstein poprzez skrzypce, muzykę wchodził w przestrzeń, która dla niego była twórcza. Taką właśnie możliwość wejścia w czystą, nieograniczoną przestrzeń poprzez muzykę dajemy ludziom.

Przed rokiem warsztaty odbywały się na przykład w synagodze kazimierskiej, która sama ma własną mistyczną aurę. Nie przeszkadzało to wam?
- To była dla mnie fantastyczna, duchowo piękna przestrzeń. Wiele lat mieszkałem w Nowym Jorku i znam kulturę żydowską, jest mi ona równie bliska i szanuję ją jak wszystkie inne. Warsztaty głosu prowadziła w synagodze Olga Szwajgier i uczestnicy tych zajęć wciąż je wspominają. Wracając do inspiracji – organizujemy miejsce rozmowy, gdzie ludzie mogą przyjchać i dowiedzieć się czegoś ciekawego o sobie, albo stworzyć swoją wewnętrzną przestrzeń na nowo – i wejść z nią potem w codzienne życie. Jeżeli człowiek chce coś naprawdę zmienić w swoim życiu, to potrzebne są trzy elementy: jego wola, że chce, po drugie – osoba prowadząca...

... czyli rodzaj mistrza?
- Tak, ale to może być na przykład przyjaciel. Ktoś, kto jest katalizatorem. Może nauczyciel, jogi, muzyk, źródło inspiracji, kobieta dla mężczyzny, a dla kobiety mężczyzna; to jest bardzo różnie. A trzecim elementem jest miejsce, miejsce fizyczne, sama przestrzeń. I tu w Kazimierzu mamy idealne warunki, mentalność ludzi jest otwarta, tereny nadwiślańskie są piękne i piękne tu są żywioły.

Jakie żywioły dominują w Kazimierzu?

- Myślę, że wszystkie. Jest piękne światło, dlatego Kazimierz przyciąga malarzy. Wystarczy wieczorem przysiąść na rynku, aby to zobaczyć. Są ptaki, które tutaj krzyczą i tańczą nad rynkiem. Te żywioły są bardzo silne i wyczuwalne w każdym miejscu, nie ma tu separacji jak w dużym miastach, gdzie jest część związana z przyrodą i część mieszkalna z ulicami. Tu żywioły są wyczuwalne w każdym miejscu. Kazimierz jest nieskażonym, dobrym miejscem na rozwój. Formula festiwalu daje wiele wariantów, uczestnik wybiera sobie możliwości rozwojowe, warsztatowe. Nie jest przedsięwzięciem masowym i komercyjnym, przeciwnie – dajemy możliwość popracowania nad sobą.

Czy rozwijanie i porządkowanie osobowości, stawianie jej na równe nogi, nie prowadzi do uzależnień od środków, jakie temu służą? Nie boi się pan takich zarzutów.

- Temat uzależnień jest w naszej kulturze bardzo silny. Są substancje uzależniające, ale najtrudniejsze, może gorsze od narkotyków, są uzależnienia emocjonalne. Mamy na to swój sposób, praktykujemy go i wierzymy w niego. Nazywamy go transem. Dla nas trans jest momentem, gdy lewa i prawa półkula są zsychronizowane i płynie przez nie energia twórcza. To może być zwykły spacer, to może być tworzenie, pisanie, granie muzyki. Jeżeli taki moment staje się, to człowiek kultywuje swój własny dobrostan i wtedy ta chęć czy tendencja do uzależnień odchodzi. W badaniach ludzi nad tym pracujących często określa się to terminem „flow”, czyli przepływ. Każdy potrafi być nieszczęśliwy, ale przecież można być szczęśliwym, być w przepływie, tylko trzeba to sobie wypracować, kultywować to i wtedy człowiek wychodzi poza uzależnienia.

Jak się do tego mają gongi, którymi tak się pan interesuje?
- Skończyłem politechnikę wiedeńską, mam techniczne wykształcenie i jestem bardzo sceptyczny. Dlatego gongi są dla mnie wielkim, totalnym zaskoczeniem, badam je od siedmiu lat. Ludziom się wydaje, żę uderza się w gong – i tyle. A to jest instrument integracji, wprost mistrz integracji. To instrument bardzo fizyczny. Tak jak bębny, które dają impuls, żeby się poruszać, bo fale akustyczne trafiają do ciała i sam organizm na nie reaguje. I tak jak harfa, są instrumentem otwierającym przestrzeń, niektórzy mówią wprost – przestrzeń duchową dlatego, że inspirują jakieś obrazy i wizje, których nie można zamówić, są spontaniczne. Gongi mają szerokie spektrum alikwotów. Działanie gongów można technicznie tłumaczyć tym, że spowolniają fale mózgowe i człowiek zaczyna funkcjonować na innej zasadzie, wchodząc w przestrzeń kreatywną. Uczestnicy sesji gongów mówią, że czują się odprężeni, odświeżeni, bez napięć. Instrument działa w bardzo ciekawy sposób na różnych poziomach. Zapraszam na koncerty, które nazywamy „kąpielami w dźwiękach gongu”, trwają godzinę, słucha się na leżąco, to ciekawe doświadczenie. Dla nas muzyka gongów jest nowym gatunkiem sztuki.

Proszę się nie obrazić za to pytanie: czy ma pan patent na komary w Kazimierzu?
- Tak. Jesteśmy festiwalem dobrostanu, naszą intencją jest, aby dawać ludziom możliwości uwolnienia swoich napięć. Sam wiem, że kiedy jestem przepracowany, zmęczony i przyjeżdżam do Kazimierza na działkę i są komary, a jest ich bardzo dużo, to mnie do bardzo irytuje. Ale jak przebywam tu trzy, cztery, pięć dni, bez komputerów i bez komórek, to jakby komary przestają mi przeszkadzać. O to chodzi.

Rozmawiał Grzegorz Józefczuk

*Sławomir Adam Sówka
Trener rozwoju osobistego, wykładowca Rockefeller University & Fachhochschule Sankt Poelten w Austrii. Przez ponad 10 lat zajmował się badaniami nad alergiami, nowotworami i fizjologią organizmu na uniwersytetach w Wiedniu, Zurychu oraz Memorial Sloan – Kettering Cancer Center w Nowym Jorku. Aktualnie prowadzi warsztaty rozwoju osobistego, wspólnie z Donem Conreaux „Trening Mistrza Gongu”, działalność koncertową grając niekonwencjonalną muzykę o specyficznym, niepowtarzalnym nastroju, opartą na improwizacji. Mieszka w Wiedniu i Kazimierzu Dolnym, jest inicjatorem i producentem Festiwalu Kazimierskie Inspiracje. Festiwal (potrwa do 30 sierpnia) rozpoczął wczoraj plenerowy spektakl Teatru Woskresinnia ze Lwowa („Hiob” Karola Wojtyły).

Info: www.mars-wenus.pl

Gazeta Wyborcza, wydanie lubelskie, 25-26 lipca 2009